Tak sobie siedzę i myślę… jak dużo w nas stereotypów, które wyrwane z kontekstu nie mają sensu, a ich powtarzanie ukazuje nie do końca przemyślane ich zastosowanie. Oczywiście autor takiej wypowiedzi czuje się jak ktoś, kto wie lepiej, bo zna pewne powiedzenie, twierdzenie lub teorię i nie zawaha się jej użyć w obronie ideałów czy przekonań, które uważa za swoje.

Mamy więc takie czasy, w których zrobiła się całkiem niezła nagonka na EGO.

Nie powinniśmy go mieć. W ogóle. Czym mniejsze tym lepsze. Czym bardziej upchane w środku nas, skomlące o naszą uwagę, tym rośniemy w oczach świata. Im bardziej schylamy głowę, tym uznanie skapuje na nas jak złoty deszcz z jasnego nieba. Ale czyje uznanie?

A czy my się w ogóle zastanawiamy czym właściwie jest to owiane taką wrogością EGO?

Zanim przejdę do jego definicji, pozwolę sobie na szczyptę mojej prywatnej historii z tym pojęciem. Kiedyś dawałam się nabierać na owo przeklęte przez wszystkich “ego” i aby w oczach innych posiadać jego jak najmniejszą ilość rezygnowałam ze swoich potrzeb, swoich przekonań, z siebie… To było dla mnie oczywiste – bo chcąc być akceptowaną, lubianą i poważaną musiałam mieć tego “ego” malutko, jak najmniej, tyci, tyci…

“Masz wysokie ego” mówił mi pewien chłopak, gdy mieszkałam jeszcze w Meksyku. “Myślisz o swoich potrzebach” – powtarzał co jakiś czas jak mantrę. Jako przykładna osoba, która chciała mieć ego małe, niewielkie, minimalne, malusie, przezroczyste i ukryte na dnie mojego jestestwa, zgadzałam się z nim w myślach. Nie chciałam mieć przecież tego potwora – EGO – dużego. Co więc robiłam? Spełniałam potrzeby jego, jej lub ich, a moje małe, maleńkie ego upokorzone i z głową zwieszoną w dół wyło w środku niczym zraniony wilk. Ja jednak z pokorną głową nie chcąc zostać oceniona jako egoistka spełniałam zachcianki i życzenia kogoś. Nie siebie.

Manipulacja ideą EGO. Znacie to?

“Przecież Ty w ogóle o mnie nie myślisz! Myślisz tylko o sobie! Jesteś egoistą!” powtarzają nam co jakiś czas Inni.

No dobrze, nie chcę być egoistą, więc po raz kolejny i kolejny zrobię tak, jak chcesz TY. W końcu kiedyś zniknę, rozpuszczę się w powietrzu, bo moje potrzeby będą nieważne, tak samo jak moje marzenia, moje pasje, moje jestestwo, moje ego… Ale nikt mi już nie powie, że jestem egoistą. Nie będzie komu tego powiedzieć. Bo mnie jako takiej, już nie będzie… Rozpuszczę się od środka jak przezroczysty dym…

Ale o co tyle hałasu? Skąd to całe EGO?

Historia Ego w zachodniej kulturze wywodzi się od Freuda, i zaistniała dopiero (!) w początkach XX wieku. Czy to znaczy, że nasze prababcie nie były egoistkami? No tak, na to wygląda. Jeśli nie było pojęcia, to i nie było problemu.  Czym ono więc jest? Według Freuda “ego” upraszczając to “ja”. Można powiedzieć, że jest to część naszej tożsamości, naszej osobowości. Jak więc w tym kontekście mamy go nie mieć? Mamy utracić naszą osobowość? Na rzecz wizerunku? Żebyś Ty lub Ty, lub Ty pomyślał o mnie, że ja nie mam ego? A czy Ty w ogóle o mnie myślisz? A czy moje ego czy kogokolwiek innego tak naprawdę Ciebie obchodzi, czy tylko szastasz pojęciami, wtedy, kiedy Ci wygodnie?…

Bo zawsze będzie źle, lub nie dobrze. Zrobię coś dobrego. Aaaa, to z pobudek ego. Altruizm, aaa to też z pobudek ego. Dobro, też z pobudek ego. Bo według niektórych idei, nawet robiąc coś dobrze, robię to dla zaspokojenia mojego ego. Dlaczego? Bo wtedy czuję się dobrze, że zrobiłam dobry uczynek… A jak czuję się dobrze, to według tej teorii jest niedobrze… Ciekawe, powinnam więc czuć się źle… robiąc coś dobrze. Nie myśleć o sobie. Nigdy, przenigdy nie myśleć o sobie… Poplątanie z pomieszaniem, czy tylko mi się tak wydaje?

I moglibyśmy tak wyliczać w nieskończoność wszystkie pozytywy o negatywach nawet nie wspominając. I moje pytanie jest – czy myśmy wszyscy nie poszaleli w jakimś kociokwiku pojęć?

Przyjrzyjmy się jeszcze bliżej EGO – jaka jest jego rola? Zasadniczo rola ego to godzenie wymagań mojego organizmu z warunkami środowiskowymi i ich zaspokajanie. I znów, czy ja mam nie zaspokajać moich własnych potrzeb?

No dobrze. Czysto intelektualnie. Jeśli ja nie będę zaspokajać moich potrzeb, to kto? Jak ja nie będę zaspokajać moich potrzeb, to może w takim razie Ty? Uznaję, więc, że ok, ja zaspokoję Twoje potrzeby, a Ty moje. Taki mały barter. Wtedy będzie ok? Czy jednak dalej nie będzie ok? Bo jeśli zrobię coś dla Ciebie, myśląc o sobie, to dalej jestem egoistką, prawda?…

No to nie będę myśleć o sobie i swoich potrzebach w ogóle. Dam się ponieść i będzie mi wszystko jedno. Nie będzie mi już zależało na moim “ja”. Wytrwam w postanowieniu nie posiadania ego, a co mi tam! Do czego więc w takim przypadku mogę się potencjalnie doprowadzić? Do wycofania. Do nie wiedzy o sobie samej. Do szaleństwa. Do pewnego rodzaju samozagłady. Do samo-zniszczenia i do głębokiej depresji…

Bo jeśli ja nie zadbam o siebie, to kto?

I w tym miejscu jak brzmiałby piękny przekaz: “kochaj bliźniego swego jak siebie samego”? Jak miałabym kochać bliźniego, jeśli nigdy nie pokochałabym siebie? A co to jest miłość własna? No właśnie chyba między innymi reagowanie na moje potrzeby z troską?… I znów dochodzimy do tego tak winnego EGO.

A co na temat ego mówią religie?

Jedna z nich głosi że mamy dwa ego. Jedno – fałszywe Ego – to ciało. Drugie – prawdziwe Ego – to dusza. Hm… ja chcę mieć prawdziwe ego, więc cóż mi może przyjść jak nie stracić ciała?… Mam się więc pozbyć ciała? Co zostanie?… Myśląc realistycznie i logicznie, mam na to czas. Zresztą w tym kontekście, każdy z nas zobaczy czym jest to prawdziwe EGO, kończąc podróż i zostawiając ciało na zawsze. Mi się nie spieszy…

Inna znów, którą notabene bardzo lubię i jej filozofie są mi bliskie głosi, że “ja” czyli “ego” jest źródłem powstawania cierpienia. Czy nie jesteśmy już krok od “grzechu pierworodnego”? Czy więc mam porzucić moje “ja”, tylko po to, by osiągnąć oświecenie? Ale kto będzie się cieszył z mojego oświecenia? Na pewno nie “ja”, bo wtedy mnie już nie będzie…

A teorie New Age? Duchowość? Ależ absolutnie! Trzeba wyjść poza ego! Ego, to zło najgorsze ze wszystkich! Aż się boję tego “ego”, łącznie ze samą sobą w całości. Drżę na widok samej siebie, chroniącej kruchym ciałem tego strasznego potwora wewnątrz. No bo przecież, jeśli uznam te wszystkie idee za prawdę, to nie będę chciała GO mieć za nic na świecie! A jeśli nie będę chciała mieć GO, to nie będę też chciała mieć… SIEBIE…

A ja chcę mieć siebie! I ciało i własny rozum i duszę i marzenia. Chcę kochać, żyć i być dobra. Chcę się cieszyć z życia i z moich osiągnięć, jakiekolwiek małe czy duże by one nie były. Chcę być z siebie dumna. Chcę się uznawać. Chcę lubić siebie! I jeśli stwórca dal mi EGO, to dlatego, że uznał, że będzie mi ono potrzebne. Tak jak nogi, ręce, oczy czy uszy. Dlaczegóż bym miała się jego pozbywać? Jestem człowiekiem i akceptuję swoją naturę. Jest taka, jaka jest. Przyszłam na świat jako człowiek. Nie wiem dlaczego, i chyba nigdy do tego nie dojdę. Ale jestem człowiekiem i w związku z tym posiadam świadomość siebie samej. Swojej osobowości, swojej tożsamości… I posiadam coraz większą świadomość siebie samej. Czy to znaczy, że posiadam coraz większe ego? No tak, na to wygląda…

Ogłaszam więc odważnie wszem i wobec, próbując tym samym skłonić i Ciebie do samodzielnego myślenia. Mam wysokie ego. I co z tego?…

Bo dla mnie wysokie ego to znajomość siebie. Znam siebie. Swoje możliwości, swoje zasoby i swoje ograniczenia. Dążę do spełnienia moich celów, marzeń. Podejmuję ryzyko, decyzje, dokonuję wyborów i działam w zgodzie z tym czymś co w środku nazywa siebie samą “ja”. I kocham to moje małe – wielkie “ja” i tulę je do siebie. Bo jeśli wyrzeknę się siebie to i wyrzeknę się świata. A jeśli wyrzeknę się świata to i wyrzeknę się Ciebie i Ciebie i Ciebie też.

Nie wchodzę więc w skomplikowane wyścigi o to, by mieć to moje ego malutkie. Niech sobie będzie, jakie jest. Daję mu przyzwolenie i puszczam je wolno… Niech leci swobodnie na skrzydłach motyli, i niech się już nigdy nie boi słowa “egoista”.

KOMENTARZE: