Mickiewicz kiedyś napisał, że imię jego to 40 i 4… No więc ja dziś parafrazując Mickiewicza napiszę, że imię jej to 40 i 4.

I w tym statecznym bądź co bądź wieku, którym los mnie obdarzył w ubiegłą sobotę mogę już napisać, że cokolwiek wiem już co znaczy być kobietą.

Nie jestem już dziewczynką, podlotkiem, dziewczyną. Jestem kobietą. To brzmi dostojnie. Dojrzale.

Jestem kobietą. To znaczy kim?

Społeczeństwo nakłada mi wciąż nowe role. Kobieta przedsiębiorca, kobieta matka, kobieta żona, kobieta przyjaciółka, kobieta córka, kobieta sprzątaczka, kobieta kucharka, kobieta wspinająca się po drabinie marzeń, kobieta biegnąca. Wreszcie kobieta, która w ciągłym teatrze życia, zmęczona zmianą tych wszystkich ról, zapomniała czym jest kobiecość…

A czym jest kobiecość?

Spokojem. Fundamentem ogniska domowego. Uśmiechem. Wsparciem. Troską i czułością. Miłością. Zrozumieniem. Empatią…

Tego wszystkiego się od nas oczekuje, a co nam się daje w zamian?

Czy powinnyśmy w ogóle oczekiwać czegoś my – wyedukowane do granic możliwości kobiety XXI wieku? Czy powinnyśmy tylko być bardziej idealne, perfekcyjne w każdym calu? Uśmiechające się perfekcyjnym uśmiechem, czy na to mamy ochotę czy nie?

No więc ja, jako, że mam to szczęście, iż przyszedł do mnie w końcu ten cudny i stateczny wiek, stojąc obiema nogami na ziemi, za to trzymając wciąż rozwiane przez wiatr włosy w chmurach postanawiam: wychodzę z idealności. Z psychotycznej perfekcyjności. Z nieskończonego biegu do bycia lepszą niż jestem. Daję sobie prawo na bycie sobą. Daję sobie prawo na wszystkie emocje i uczucia. Akceptuję siebie w końcu taką, jaką jestem. A jaką jestem? Zmienną. Niestałą. Płynącą. Elastyczną. Dlaczego? Bo taka też jest rzeczywistość. Zawsze zmienna, zawsze w ruchu. Niestabilna i niestała.

Nie będę więc schylać głowy i orać swój własny wydumany wizerunek tylko dlatego żeby kogoś nim zadowolić. Nie zadowolę, choćbym gardło zdarła na szkoleniach, buty zdarła na przemierzaniu świata, choćbym wszystkie pieniądze wydała na ciuchy, na kosmetyki, na rozwój osobisty, na bycie perfekcyjną mamą czy żoną, czy córką czy siostrą, czy nawet przyjaciółką. Nie zadowolę nawet wtedy, gdy nisko zwieszę głowę kierowana przez pokorę czy skromność. Nie zadowolę swoją mądrością czy błyskotliwością. I czym więcej będę się starać, tym bardziej nikogo nie zadowolę.

Przestaję więc. Biorę długi wdech i jeszcze dłuższy wydech. Odpuszczam. Jestem kobietą. I co z tego? Nic. I wszystko. Bo będąc kobietą wiem już, że mam w sobie ogromną moc. Bo będąc kobietą przez te 40 i 4 lata tworzyły mnie zarówno sukcesy jak i porażki, tworzyły mnie wzloty i upadki. Teraz wiem, że jestem silna tylko dlatego, że kiedyś byłam słaba. Teraz wiem, że mam w sobie moc, bo poznałam co to niemoc. Teraz też wiem co to znaczy być spokojną, bo poznałam prawdziwy niepokój.

I mogę tę siłę, moc i spokój wykorzystać w każdy sposób. Dowolny. Wsłuchuję się więc w tę rodzącą się nową kobiecość, ciekawa nowych jej odsłon. I daję sobie przyzwolenie na bycie tym, kim jestem w danej chwili. Z pełną akceptacją. Czego i wszystkim Paniom w dniu ich święta życzę:)…

 

tekst: Dorota Kościukiewicz-Markowska

KOMENTARZE: