„Halo, halo, czy ktoś mnie kocha?”

Wołamy i rozglądamy się wokół. Gdzie? Kto? Przecież dziś Walentynki, to jest TEN dzień, w którym INNI powinni wyrazić nam swoją miłość! Wypatrujemy więc kwiatków, czekoladek, kartek, wspólnej kolacji, telefonu, maila, sms-a, wiadomości na facebook-u…

Dzień mija, czekoladki zjedzone, kwiatki jeszcze urzekają swym pięknem, kartkę wpięliśmy ostrą pinezką na tablicę korkową aby pamiętać, że jednak ktoś nas kocha, nie tylko dziś…

Ale czym jest miłość? Czy zastanowiliśmy się przez chwilę głębiej? Wszyscy tak jak potrzebujemy. Jest dla nas istotna do życia niemalże jak tlen – dlaczegóż więc nie jest taka prosta jak wdech i wydech? A może jest?…

Erich Fromm – wybitny filozof, psycholog i socjolog w swojej rozprawie “O sztuce miłości” zastanawia się czy miłość jest tym “przyjemnym uczuciem, którego zaznanie jest sprawą przypadku, czymś, co się zdarza, jeśli człowiek ma szczęście”?

Większość z nas niestety w ten sposób pojmuje miłość. W takim przypadku taka miłość byłaby jednak nietrwała jak poranny deszcz, jak rosa na wiosennym fiołku, jak tęcza po letniej burzy… Przychodziłaby i odchodziłaby a my nie mielibyśmy na nią wpływu. Bo taka miłość byłaby zależna od obiektu naszych uczuć. Moglibyśmy tylko oczekiwać, że on lub ona, lub nawet oni zauważą w nas to owo COŚ i pokochają nas za to, jacy jesteśmy.

No właśnie… więc może najpierw trzeba byłoby przypatrzeć się z bliska temu jacy jesteśmy? I tu szybko możemy popaść w koleiny umysłu. Czy jestem wart miłości, czy jestem warta miłości? Umysł aż buzuje od natrętnych, negatywnych myśli, które podczas podróży przez życie wkleiły się w nasze jestestwo.

A może, jak radzi Fromm, trzeba byłoby zmienić koncepcję? Odwrócić pytanie? Może to nie chodzi o to, że oni mnie nie kochają, ale o to, że to ja nie potrafię kochać ich? Może to wcale nie chodzi o to, że ja nie jestem wart czy warta miłości, tylko że moja miłość do nich jest nie aż tyle warta ile mi się powierzchownie wydaje?… Może to ja nie umiem kochać?

Nowe idee new age zachęcają, ba, wręcz bombardują nas informacjami, że miłość jest najważniejsza. “Ja kocham tyle osób” – słyszymy tu i ówdzie. “Moje serce jest otwarte na wszystkich” – mówi kolejny “uduchowiony” po czym wraca do domu i zieje agresją, niechęcią, brakiem cierpliwości, frustracją i pustką… Czy nie za dużo wkładamy wysiłku w opakowanie czekoladek, którym to chcemy zapewnić wszystkich o słodyczy, jaka drzemie w ich wnętrzu?… Mamy w tym jednak dwa ale.

Pierwsze to, to, że to tylko reklama, a w środku znajduje się gorzki produkt. Kusimy tylko naszą słodyczą. Naszą powierzchownością. Drugie to takie, że nawet, gdyby w środku były te strasznie słodkie czekoladki, to kto by chciał na dłużej przesłodzony produkt? Jak zwykle do wszystkiego potrzebna jest odpowiednia doza równowagi.

Wracając do Fromma, próbuje on zgłębić czym jest miłość, a czym nie jest. I daje nam pewne ciekawe założenie. Że miłość jest sztuką. Poza tym taką sztuką, której możemy się nauczyć. Potrzeba nam tylko pewnych właściwości. Zdolności. I co najważniejsze, możemy je w sobie wykształcić. “W mniemaniu większości ludzi naszego kręgu kulturalnego umieć zdobywać miłość to znaczy być sympatycznym i pociągającym fizycznie” – pisze filozof

Ale czy to wystarczy? Zdobędziemy miłość, wydrapiemy ją jestestwu, przywłaszczymy. Na ile? – niestety na chwilę… Bo koncentrujemy się na obiekcie miłości a nie na naszych zdolnościach. Koncentrujemy się na tym, aby jak najbardziej upiększyć swoje piórka – i nie ważne czy to będą te zewnętrzne, czy intelektualne czy duchowe. Pióra to pióra. To tylko powłoka. Zapominamy o centrum. O wnętrzu. O naszym własnym jestestwie.

“Kochaj bliźniego, jak siebie samego” – piękne, prawda? Ale jak możemy kochać innych, skoro nie mamy do licha pojęcia co to znaczy kochać siebie! No przecież kocham siebie! Tak?…

Wróćmy do Fromma, i zobaczmy czym według niego jest miłość: “Miłość to działanie, a nie bierne doznawanie… Czynny charakter miłości – poza elementem dawania – ujawnia się w tym, że zawsze występują w niej pewne podstawowe składniki wspólne dla wszystkich jej form. Są to: troska, poczucie odpowiedzialności, poszanowanie i poznanie.”

Jak więc traktujesz siebie? Jak traktujesz innych? Czy w ten sposób? Czy Twojej miłości towarzyszy zawsze troska, poczucie odpowiedzialności, poszanowanie i poznanie?

Na koniec rozprawy “O sztuce miłości” Fromm daje wskazówki jak wykształcić miłość, bo nie ważne jaką sztuką chcemy się zająć, czy stolarską czy lekarską czy sztuką kochania. Do każdej potrzebujemy zdolności, których możemy się nauczyć. Po pierwsze potrzebujemy dyscypliny. Dyscyplina jest przeciwieństwem rozleniwienia, trwałego “niechciejstwa” i niekonsekwencji. Jest cechą, dzięki której czujemy swoje własne poczucie sprawstwa. Bez tego typu dyscypliny życie rozprasza się, a my snujemy się przez nie jak bojki niesione przez fale, niezacumowane. Gdzie nas poniesie, tam nas poniesie. W sumie wszystko nam jedno. Obok dyscypliny Fromm udowadnia, że potrzebna jest koncentracja, która jest niezbędnym warunkiem do opanowania każdej sztuki. Wystarczy 20 minut codziennych ćwiczeń. Bez telewizji, bez radia, bez książek, bez pracy. Być samemu ze sobą i zauważać własny oddech. To skupienie, które dzięki ćwiczeniom koncentracji rozwijamy daje nam wgląd w samego siebie a co za tym idzie – w relacje z najbliższymi. Trzecim kolejnym czynnikiem jest cierpliwość. Kolejna niechciana cecha naszych czasów. Wszyscy chcemy coś na dziś, albo najlepiej na wczoraj. A kwiat rośnie w swoim czasie. Zasiejemy ziarno i możemy tylko czekać, aż rozwinie się z pędu w pączek a z niego w dorodny kwiat. Wreszcie warunkiem koniecznym do opanowania każdej sztuki, w tym sztuki miłości jest zaangażowanie.

Dużo? Może i tak, ale lepiej jest działać, niż czekać z założonymi rękami aż inni pokochają nas. Lepiej jest robić COŚ, niż nie robić NIC i płakać nad faktem, że świat nie jest taki, jaki chcielibyśmy aby był. Świat jest taki, jaki jest. I jeśli my zaczniemy NAPRAWDĘ kochać, to i inni zaczną kochać nas:) I w sumie – co mamy do stracenia?…

W tym miejscu i korzystając z faktu, że dziś są Walentynki chciałabym wyrazić wdzięczność i miłość mojemu cudownemu mężowi Pawłowi, mojej kochanej córeczce Majusi, moim rodzicom, mojej siostrze, jej synom, moim przyjaciołom oraz Tobie drogi czytelniku. Bo chociaż Cię nie znam ale gdybym nie czuła do Ciebie miłości, nie inwestowałabym czasu na pisanie wszystkich tych tekstów. Na koniec wyrażę wielką miłość do siebie samej. Bo bez tej miłości własnej, nie mogłaby istnieć jakakolwiek inna forma miłości. Dzięki tej miłości jestem gdzie jestem i robię to, co robię. W zgodzie ze sobą, z troską, z poszanowaniem, z poczuciem odpowiedzialności i poznaniem, które nigdy się nie kończy…:)

 

tekst: Dorota Kościukiewicz-Markowska

 

 

KOMENTARZE: