Kilka miesięcy temu na mojej głowie pomiędzy włosami w kolorze letniej pszenicy zauważyłam jednego siwulca. Prawdziwy i dorodny błyszczał się swoim szlachetnym srebrem, w odróżnieniu do złotych sąsiadów.

Za dużo nie myśląc, wręcz automatycznie, chwyciłam nożyczki, które leżały akurat w szafce pod ręką i sprawnym ruchem obcięłam go tuż przy nasadzie. Uff, miałam problem z głowy! Szepcząca zimnym, srebrnym szronem starość jeszcze nie zapuka do moich drzwi. Nie!

I jak to w życiu zwykle bywa, to czego się boimy wraca do nas często spotęgowane zwielokrotnioną siłą.

Minęło kilka miesięcy…

Ja już spokojnie zapomniałam o całym incydencie, aż tu nagle, niby znienacka ciach! Nie tylko, że pojawił się z powrotem ale sterczał dumnie na odległość około 5 cm wzwyż. Jak antena!

“Nożyczki!” – pomyślałam. Ale w tym samym momencie przyszła do mnie świadomość, że gdybym go nie ruszała za pierwszym razem, to opadałby sobie teraz łagodnie z pozostałymi włosami, i właśnie w wyniku mojego ciachnięcia sterczy teraz radośnie w górę. Cichy symbol nieuchronnie zbliżającej się starości.

Przy okazji popatrzyłam na twarz. Uśmiechnęłam się. Moje oczy ozdobił wianuszek drobnych zmarszczek. Przyjrzałam się znów mojemu siwemu odmieńcowi, uśmiechając się w myślach. Powoli, z głębiny mnie zaczęła przychodzić cicha świadomość.

„Z czasem nie wygram. Z naturą też. Po co więc walczyć?” Postanowiłam zaakceptować upływ czasu. Posłałam więc całusa siwulcowi.

“Nic ci już nie grozi, rośnij sobie spokojnie” – pomyślałam. Na każdą zmarszczkę postanowiłam za to także spojrzeć z innej perspektywy.

“Każda zmarszczka to więcej życiowych doświadczeń, czyli odrobina mądrości więcej” – pomyślałam.

Czemu mam się wstydzić moich zmarszczek? Kiedy będzie TEN czas, że będzie wypadać je mieć? 50, 60 lat a może 70? Medycyna estetyczna nakazuje swoim estetycznym reżimem estetyczną ewolucję a może rewolucję, to bez znaczenia. Powinniśmy wszyscy jako rasa ludzka być wiecznie młodzi, piękni i sprawni. I przypomniały mi się w tej chwili słowa piosenki Anny Marii Jopek “ Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat. Ja wysiadam”

Ja wysiadam, jednocześnie będąc w tym świecie bardziej niż kiedykolwiek, bo to co naturalne niekoniecznie dla nas jest normalne. Dla mnie zaś normą coraz bardziej jest “naturalne” a nie “normalne”. Bo normę nakładamy my – ludzie. Naturalność zaś nakłada sama natura. I nagle przestałam się bać siwulców, srebrniaków, siwych czy jak by je tam zwać.

Nie boję się też zmarszczek. Bo wiem, że to są zewnętrzne oznaki upływu czasu. Że wszystko przemija. W tym i ja sama. Cieszę się więc z TEJ chwili, sączę jak nektar DZIŚ. Głaszczę kota, idę do parku spotkać się z czarującą krokusami wiosną, wdycham rześkie powietrze, gotuję zupę, przytulam Majusię i męża, dzwonię do mamy powiedzieć, że ją kocham i tatę też.

Wiem, dzięki temu pierwszemu siwulcowi, że nic nie trwa wiecznie i w sumie dziękuję mu za przypomnienie mi tej starej i banalnej poniekąd prawdy. Ale z prawdami tak bywa, że niektóre z nich chowamy do lamusa, zaprzeczając ich istnieniu, zamieniając na nowo istniejące mody.

Powoli więc, bardzo powoli zbliżam się do bycia staruszkę. Akceptuję spokojnie ten stan i nie zaprzeczam. I z tej perspektywy patrząc na czas i na moje siwulce oraz zmarszczki, mogę tylko się cieszyć, że kiedyś tam w przyszłości, z takim nastawieniem – będę bardzo mądrą staruszką. Bo czym więcej zmarszczek, tym więcej mądrości:)

A moje cudne zmarszczki będą radośnie zdobiły moje jasne oczy. A wiecie dlaczego? Bo nie przestanę się uśmiechać. Nigdy.

KOMENTARZE: