„Już od niepamiętnych czasów mama słowika chorowała. Nie znano lekarstwa na tę dziwną przypadłość. Z dnia na dzień Pani Dulce stawała się słabsza.

– Nigdy nie rezygnuj z życia, synku. – powiedziała pewnego dnia. – Ja swoje życie przeżyłam cały czas bojąc się, już nawet nie wiem o co. Straciłam czas, – dodała słabym głosem – straciłam bardzo, bardzo dużo czasu. I proszę cię o jedno – ty go nie trać, bo to jest najcenniejsze co możesz mieć i co komuś możesz dać, oprócz miłości oczywiście. Kochałam cię bardzo, kocham i będę kochać – wyszeptała zamykając po raz ostatni oczy.

Mały słowik zaniemówił. Chociaż od długiego czasu był przygotowany na najgorsze, nie wiedział, że w środku może istnieć taki ból.

Siedzieli z tatą na czubku drzewa, tuż nad gniazdem. On słuchał w milczeniu jak tata żalił się światowi. Słuchaczami jego niezwykle smutnego i pełnego cierpienia koncertu był wiatr i liście drzew, na których tańczyły ostatnie promienie słońca. 

– Czasu nie zatrzymasz – szepnął w pewnym momencie wiatr. – tak to jest, że wszystko rodzi się i potem odchodzi… A czas „pomiędzy” jest na życie. Pełne. Cudowne. Kompletne… 

Tata słowik nie mógł sobie wybaczyć. Wiecznie nie miał czasu na bycie z ukochaną żoną, zajęty budowaniem wciąż piękniejszego gniazda. W końcu wybudował je. A teraz ziało ono zimną pustką…

Śpiewał więc teraz w swej rozpaczy bezustannie. Nocami do gwiazd, a w dzień do starej wierzby. Bez przerwy. Zatracony w smutku, żalu i złości nad straconym czasem. Nie mógł go już jednak cofnąć, nie mógł wyrwać istnieniu ciepła i uśmiechu słodkiej Dulce. Z czasem jego smutek zmniejszył się. Wylał się. 

Mały słowik o imieniu Fabian zaniemówił zaś. Nie potrafił wyrazić żalu, jaki skrywało jego małe serce. Żalu było aż tyle, że serce jego ucichło na dobre. Z czasem zamknęło się.

– Już nigdy nie będę kochał. – przyrzekł sobie mały ptaszek. – Bo to za bardzo boli…

Fabian niby żył, niby chodził do pobliskiej szkoły dla ptaków ale jakby go nie było. Cichy smutek, który otoczył jego serce szczelną kołdrą przywarł do ptaszka na dobre. Na tyle, że on sam nie mógł już śpiewać… A dla słowika to niezwykle ważna sprawa.

Czas mijał. Przyszła zima, po zimie wiosna, po wiośnie lato, po lecie jesień. Cykle zmieniały się jak w kalejdoskopie. Fabian urósł na pięknego ptaka. Jego lśniące pióra zdobiły tors i przyciągały znane samiczki.

Chociaż Fabian nie śpiewał, miał jakiś niezwykły, magnetyczny wręcz osobisty urok.

Do jego gniazda przyfruwały z parku różne piękności, on jednak był obojętny. 

Z czasem zapomniał o przysiędze, którą złożył sobie jako mały ptak.

Nie wiedział co się z nim dzieje, wiedział tylko tyle, że nie umie kochać i zaakceptował tę cechę.

Pewnego dnia do parku przybyła samiczka z sąsiedniego parku. Usiadła na jego drzewie i zaczęła śpiewać. Jej śpiew był cudny. Śpiewała wesoło i smutno, nostalgicznie i radośnie. W jej głosie słychać było wszystkie emocje. Emocje, które poruszyły serce Fabiana.

Nieoczekiwanie Fabian też zaczął śpiewać. Jego piękny głos wypełnił park niesamowitą melodią. Samiczka Lua patrzyła na Fabiana w ciszy, delektując się każdym dźwiękiem.

– Jeszcze nigdy nie słyszałam takiego koncertu – powiedziała oczarowana.

– Jeszcze nigdy nie dałem takiego koncertu – odrzekł szarmancko Fabian.

Para słowików zakochała się z czasem na dobre. Bawili się niesamowicie, fruwali razem po polach, po lasach, po łąkach. Śpiewali razem koncerty. Delektowali się szeptem wiatru i szumem jesiennych liści. Czas mijał, a oni trwali w wydawałoby się nieskończonej fali zakochania.

– Kocham cię – szepnął pewnego razu do jej maleńkiego uszka.

– Ja też cię kocham – odszepnęła Lua.

Wzięli huczny ślub, który dała im sowa. Na wesele przybyły wszystkie ptaki z obu parków. Byli szczęśliwi…

Czas mijał.

Fabian uwił piękne gniazdo, w którym Lua złożyła jajo. Wysiadywali je na zmianę. Raz on, raz ona. Wszystko uwielbiali robić wspólnie.  Lubili ze sobą być i spędzać czas. Fabian z czasem zapomniał o zamkniętym sercu, o smutku i żalu, które siedziało na jego dnie…

W piękny wiosenny czas, akurat na święta wielkanocne wykluła się z jaja piękna samiczka. Ola ofiarowała swym rodzicom nowy rodzaj miłości. Troszczyli się o swą kruchą istotkę jak o najcenniejszy dar, wchodząc coraz bardziej w obowiązki życia. Nie mieli już tyle czasu, aby razem śpiewać. 

Fabian zajęty był znoszeniem ziarenek do gniazda. I chociaż tych ziarenek mieli wielką, pokaźną ilość w spiżarni na tyłach gniazda, dla niego wciąż było mało. 

– Wystarczy tych ziarenek. Chodź pośpiewać. – mówiła Lua.

– Nie wystarczy. Nie mam czasu na zabawy. – mówił oszołomiony Fabian. – Muszę pracować, by wystarczyło nam pożywienia na zimę.

– Fabianie, przecież nam tych ziarenek wystarczy na kilka zim – tłumaczyła Lua ze smutkiem w głosie.

– Przestań, – denerwował się Fabian – robię to dla was. To wy jesteście moim szczęściem i chcę, żeby nigdy wam niczego nie zabrakło.

– Ale Fabianie, nam brakuje właśnie ciebie… – szepnęła zasmucona Lua, ale on nie słyszał odpowiedzi, bo z hałasem wyleciał z gniazda.

Pracował i pracował. Znosił i znosił ziarenka. Jedno po drugim. Dla ich szczęścia, dla ich bezpieczeństwa, dla ich stabilności. Niestety ile by ich nie nazbierał, dla niego było za mało, bo ziarenka nie mogły zapełnić dziury, którą gdzieś w środku pomimo miłości do Luy skrywało jego serce. A to upragnione szczęście, zamiast przychodzić, odchodziło w siną dal…

Nawet nie wiedział kiedy to się stało, ale przygnębiony wieczną pracą, i staraniami o lepszą przyszłość zapomniał o cieszeniu się teraźniejszością. Powoli stawał się jak jego ojciec, który cały czas poświęcał się pracy i obowiązkom. Z czasem też przestał śpiewać…

– Tak nie może być. – powiedziała pewnego dnia Lua. – Ja się zakochałam w pełnym życia, cudnym ptaku, co ty właściwie robisz? 

– Zapewniam wam poczucie bezpieczeństwa. Z miłości… – powiedział Fabian zgodnie z prawdą.

– Czy miłość polega na ilości zgromadzonych ziarenek? – spytała mądra samiczka – Czy na czasie, jaki spędzasz z nami? A co ty robisz, jak jesteś z nami? Myślisz tylko o tym, ile ziarenek mógłbyś znieść, jeśli byś z nami nie był! To szaleństwo! Jesteś z dnia na dzień bardziej podenerwowany, krzyczysz na mnie i na maleństwo, i mówisz, że to my jesteśmy źródłem twojego szczęścia? Ma się wrażenie, że nieszczęścia – dodała w zadumie, a po jej policzkach spłynęły dwie krople łez. – Straciłeś całą pasję. Nie oglądasz już ze mną chmur, nie latasz po okolicznych polach, nie wychodzisz już nawet do parku, i… przestałeś śpiewać…

– Co się z tobą stało? – dodała odwracając swą małą główkę.

– Nie wiem. – powiedział Fabian szczerze, spuszczając wzrok.

– Ja się zakochałam w pełnym życia i pasji słowiku, i nie mogę być w takiej sytuacji dłużej. To jest dla mnie trudne ale nie mogę tak dłużej żyć. – powiedziała ze smutkiem w głosie Lua.

Nagle słowik poczuł z całą mocą zimną kołdrę smutku, która od dziecka opasywała jego serce.

– Nie odchodź. – powiedział miękko.

Jak z oddali przyszły raptem do niego słowa, słowa o których zapomniał, a które żyły gdzieś w środku jego serca:

– „Nigdy nie rezygnuj z życia, synku. I nie trać czasu, bo to jest najcenniejsze co możesz mieć i co komuś możesz dać.”

– Co ja robię? – pomyślał zaskoczony. – Co ja robię?

– Miłości nie zbudujesz ilością zebranych ziarenek – szepnął wiatr.

– Wiem, wiem, wiem! – krzyknął do wiatru i do siebie – Ale co ja mam zrobić?

– Przypomnieć sobie swoją pasję i zacząć znów śpiewać. Jak zaczniesz znów śpiewać, wszystko samo się ułoży – szepnął wiatr, milknąc w pobliskich zaroślach.

Słowik pofrunął na czubek drzewa, zamknął oczy i zaczął śpiewać. A ze śpiewem tym płynęło wszystko. Każda emocja, każdy żal, każdy smutek, każdy ból ale i każde szczęście i radość i dobro i miłość.

Lua słuchała Fabiana ze łzami wzruszenia.

– I to jest mój słowik. To jest mój mąż… – szeptała dumnie. A maleństwo śmiało się radośnie.

Czas mijał. Słowikowi i jego żonie pióra zrobiły się srebrne, maleństwo urosło i wyfrunęło z gniazda. Piękna i dorodna córka osiedliła się na sąsiednim drzewie. Wieczorami słuchała cudownego koncertu na dwa głosy. To jej rodzice śpiewali razem, tuląc się do siebie ciepło.

 I żyli długo i szczęśliwie, a ich historia powtarzana była przez pokolenia, bo byli przykładem pięknie kochającej się pary.”

Tekst i bajka z książki „Bajeczki nie tylko dla Majeczki”: Dorota Kościukiewicz-Markowska

Książkę możesz zamówić pod adresem http://movart.pl/ksiazki/1-bajeczki-nie-tylko-dla-majeczki.html

 

 

KOMENTARZE: